powracam

Kiedy tylko uda mi się znaleźć chwilę, wracam do tematów z rezydencji. Gdzieś w moją podświadomość wbił się film „Niebieskoocy”. Oglądając, pomyślałam, że nigdy bym nie chciała brać udziału w takim doświadczeniu.

Buuuu, codziennie biorę w takim udział. „Niebieskoocy” to nie tylko ciemnoskórzy ludzie, których od lat szereguje się jako osoby niższej kategorii. „Niebieskookim” jest każdy z nas, który czuje się gorszy, bo …

….ma mniej pieniędzy, zajmuje niższe stanowisko itp. – można by tu wymieniać.

Ale, musimy pamiętać, że  to my wrzucamy się do takich worków z nazwami, my !!!. Boimy się mieć własne zdanie, być sobą i realizować swoje marzenia.

Boimy się stawić czoła ludziom, którzy myślą, że są silniejsi od nasi i mogą nami manipulować.

Nie jest łatwo, ale nikt nie powiedział, że będzie. Musimy wierzyć w siebie i pamiętać, że wszystkich jesteśmy równi. A i, że wszystko jest dla wszystkich.

Czasem kategoryzuję ludzi, wstydzę się tego. Staram się naprawić moje myślenie.

W INSPIRO nauczyłam się, że nie wiedzieć o kimś nic to wiedzieć o nim bardzo dużo.

notatki z rezydencji

DSC_0357.JPGKażdego dnia rezydencji towarzyszył mi pomarańczowy zeszyt. To w nim skrzętnie notowałam, to co uważałam za ważne. Teraz staje się składnicą kolejnych pomysłów.

Pierwszy wpis-tworzenie bloga. Jak „powstać bloga”? Najtrudniej było wymyślić nazwę. Kolejne trudności to ustawienia. Teraz tylko nauczyć się blogować i … pisać na bieżąco posty.  Nie było łatwo. Zwłaszcza, że na początku wyglądało to jak  …”kura”. Na szczęście kura się zmienia. Przyszedł dzień przełomowy. Odważyłam się zapytać o zdanie Beatę i Maćka. Reprymenda !!! Po przyjechaniu do domu płakałam, płakałam i płakałam. Oczyściłam się i zabrałam się do pracy.

Czy umiem blogować, nie wiem. Na pewno sprawia mi to przyjemność. Pewnie nigdy nie będę światowej sławy blogerem. Ważne, że dla siebie jestem, małym bo małym, ale jestem.

Kolejny wpis to notatki dotyczące partycypacji.

Notatki z filmów „Niebieskoocy” oraz „Dni Krotoszyna”. O ostatnim wspomniałam już w jednym z postów. O „Niebieskookich” zbieram się, aby coś napisać.

Następnie opisałam cykl warsztatów dotyczących pająków. To był pierwszy pomysł na projekt kończący rezydencje. „Kołysanka dla pszczół”pod taka nazwą miałam zorganizować spotkanie dotyczące pożegnania lata i podzielenia Inspirowym miodem. Zabrakło mi wiary w siebie, że uda mi się zrealizować zamierzenia.

Przygotowania do „Zwariowanej pracowni sztuki”. Pierwsze podejście to Georg Segal i jego gipsowe posągi. Chciała z dzieciakami z bandażu gipsowego tworzyć rzeźby. Kiedyś zrealizuje ten pomysł.

W zeszycie znalazł się też niezgrabnie narysowany projekt stołu do szklarni.

Kolejne notatki – to następny pomysł na projekt kończący rezydencje. Tym razem chciałam się przenieść do świata bajek. Opis znajduję się we wcześniejszym poście.

Historię wielkiego Gluta Bloom Bluuma też już wcześniej opisywałam.

Kolejne strony opisują przygotowania do projektu wieńczącego rezydencje. Post pt. „wielka wyprawa” podsumowuje całą moja/naszą pracę.

Teraz notuję w nim pomysły, które niebawem zrealizuję.

DSC_0358.JPG

wrześniowy poranek na tarasie

Dziś szum codzienności (dźwięki ulicy) przeplatają się z pięknymi dźwiękami wydobywającymi się z bajkowego instrumentu. Dłonie artystki lekko płyną po klawiszach.

Jest zaduma, spokój, które od czasu do czasu przerywa uroczę „dzień dobry” maluchów kroczących do przedszkola.

A mnie do przedszkola odprowadzał dźwięk ulicy. To też muzyka … w swej prostocie i zwykłości … na swój sposób piękna.

PS: W tym momencie nie rozkoszuję się zapachem kawy, przepełnia mnie zapach tarasowego drewna i przenika spokój. Świat zatrzymał się na drobną chwilkę, aby za moment znów ruszyć pędem do przodu.

dsc_0126

 

wielka wyprawa

Było to niedawno temu. Słońce wyjrzało za chmur. Był piękny listopadowy dzień. Nic nie zapowiadało tak wspaniałej zabawy. Zawładnął mną stres. Dodawałam sobie otuchy myśląc o wcześniejszych przygotowaniach do projektu wieńczącego moje rezydencje w Inspiro. Uśmiech na mojej twarzy wywołały wspomnienia powstawania maskotki kałamarnicy. Były to moje początki z tymi pieknopotwornymi istotami. Po dwóch dniach zorientowałam się, że wyprodukowałam kałamarnicę z 12 ramionami. I tak jest piękna, teraz mieszka w Inspiro i mam nadzieję, że dzieciaki zaopiekują się nią. Wśród kałamarnic spędziłam co najmniej dwa tygodnie. Szperająć po książkach, Internecie poznawałam je dość dobrze. W końcu nadszedł czas kiedy swoją wiedzą mogłam podzielić się z uczestnikami warsztatów. Rodziny licznie przybyły na zaproszenie. Przedział wiekowy rozciągał się od 2,5 lat do 60 lat. Dokładnie nie wiem ile było osób, ale ledwo mieścili się w sali naszej zabawy. Przybyli, aby wspólnie podczas zabawy spędzić czas ze swoimi pociechami, z przyjaciółmi. Podczas zabawy poznali kałamarnice i mieli okazję przeżyć niesamowitą podwodną przygodę. Większość dorosłych mogło zrealizować swoje dziecięce marzenia. Podwodna przygodę rozpoczęliśmy od opowiadania babci Brygidy. Babcia miała dziennik wypraw swojego dziadka, który był kronikarzem na statku Kapitana Nemo. Babcia opowiedziała przerażającą historię o morskim potworze, który zaatakował Nautiliusa. Opowiadania mroziło krew w żyłach, ale chyba tylko moich. Najmłodsi nie pozwolili mi dokończyć opowiadania, nie mogli doczekać się wyprawy. Babcia Brygida zwróciła się do nas z wielką prośbą o wykonanie bardzo ważnej misji. Pierwszym etapem było wykonanie map, z zaznaczeniem miejsc gdzie poukrywały się kałamarnice. Babcia wspominała, że jej znajomi badacze zapodziali gdzieś swoje mapy. Przystąpiliśmy do pracy. kalamarnicaAtrament lał się strumieniami, pędzle, słomki i paluchy (nawet całe ręce) poszły w ruch, kolorowe farby dekorowały mapy a kałamarnice tak się pochowały, ze nie było ich w stanie znaleźć. Spacerowałam pomiędzy uczestnikami wyprawy, aby pobserwować postępy. Stanęłam przy jednej mapie, gdzie tata z córką namalował piękna plażę z palmami, wokół niej morze i … oczywiście ukryte kałamarnice. Pomyślałam na głos, o jak ja chciałabym tam być. Nie minęła chwila usłyszałam: „namalowałam Panią jako syrenę”. Jakie to było miłe. Udało nam się, zadanie zostało wykonane. Pomyśleliśmy – skoro już stworzyliśmy mapy to czemu nie mielibyśmy wyruszyć na podwodną wyprawę w poszukiwaniu kałamarnic. Wiedzieliśmy już, że to są przyjazne i piękne potwory. Niestety okazało się, że nie mamy czym wyruszyć na wyprawę. Wystarczyło jedno hasło: „zbudujmy statek badawczy” i już wszyscy ruszyli do pracy. W ruch poszły taśmy, rurki, patyki, kanapy, stoły, włóknina, koła od rowerów, stoliki, pudełka. Ktoś krzyknął: ”mam flagę” i podszedł z białą flaga z wyklejoną kałamarnicą. Tuż po chwili powiewała na naszym statku. Statek w pełni wyposażony mógł już wyruszyć na poszukiwania. Rozpoczęliśmy ekspedycję. Bacznie obserwowałam morze, ale nic nie było. Kałamarnice pochowały się. W pewnym momencie dojrzałam górę, brązową górę. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak gejzer helowy. Trzeba było to sprawdzić. Pan Maciek stanął na wysokości zadania, jako jedyny miał kurs nurkowania i odpowiedni strój. Ruszył wpław do gejzera. Dopłynął i potwierdził nasze odkrycie. Tylko mięliśmy jedną wątpliwość-czy to na pewno hel? Znów odwagą wykazał się Pan Maciek. Postanowił „napić się” helu i sprawdzić czy zmieni mu głos. Nie mogliśmy się przestać śmiać, to był hel. Potem upewniliśmy się nadmuchując balon, poleciał pod sam sufit. Wtedy dostaliśmy olśnienie, że można zrobić kałamarnice, które pomogą nam dotrzeć do innych. Kluczowym składnikiem kałamarnicy był hel, 3-4 balony, folia malarska, taśma samoprzylepna. Powstało ok. 10 pięknych kałamarnic, które „wyfrunęły” z Inspiro, głosząc sukces zakończonej misji. Na koniec zabawy, odśpiewaliśmy „sto lat” dziadkowi babci Brygidy, który okazało się miałby urodziny. Niestety zabrakło na naszym statku kronikarza, ale wszystko ze szczegółami opowiedziałam babci. Do tej pory wspominam wyprawę i przeżycia jej towarzyszące. img_20161105_211824Jakie zwierzęta są piękne i mogą stać się inspiracją do zrealizowania wielkiej wyprawy badawczej. Myślami wracam do dnia zabawy myśląc co by można było poprawić. Było tak świetnie, tak emocjonalnie, tak aktywnie, że nie zauważyłam braków. Oj był jeden. Brak kija ściągającego zagubione w podsuficie balony. Dzięki Pani Beatce zagubione balony trafiły do rąk właścicieli. Wróciłam do domu … z satysfakcją wykonania dobrej roboty. A największym tego potwierdzeniem były uśmiechy gości i uściski na pożegnanie z najmłodszymi uczestnikami warsztatów.

lekcje pływania

Zanim opiszę kilka rzeczy, które mam w głowie. Dziś opiszę lekcje pływania.

…kiedy okazało się, że jedynie Pan Maciek umie pływać i nurkować i jako jedyny ma sprzęt i przeszkolenie … nie było innej możliwości, aby to właśnie on popłyną do gejzera helowego i sprawdził czy hel to hel”

Zrobił to z taką powagą, przejęciem i zaangażowaniem, że jak położył się na podłodze i zaczął płynąć … postanowiłam iść do niego na „lekcje pływania”.

Hmmm, a teraz kiedy mam chwilkę na przemyślenia, zanim zacznę opisywać zaległości, doszło do mnie, że Beata i Maciek pokazali mi jak się pływa. Pierwsze lekcje zaczęłam we wrześniu. Cały czas szłam na dno, z małymi wyjątkami. Inni tak dobrze sobie radzili. Z takimi przemyśleniami wracałam do domu.  Instruktorzy byli cierpliwi, koła ratunkowe zawsze czekały.  Nie było łatwo. Nigdy nie jest łatwo zwłaszcza jak się chce, aby wszyscy byli zadowoleni a przede wszystkim Ty sama z siebie. Jest listopad. Za mną dwa miesiące nauki. Efekt zaskakujący (dla mnie), nie pływam już po warszawsku (brzuchem po piasku), pływam już dobrze na płytkiej wodzie. Co dalej, lekcje nie mogą iść na marne, trzeba wypłynąć na głębszą wodę a potem coraz głębszą. Wiem, że chcę pływać w głębinach ludzkich emocji, odczuć i przeżyć. Pływać z  „przyjaciółmi”, którzych ześle mi los.

Mam nadzieję, że INSPIROWI instruktorzy pozwolą czasem skorzystać z lekcji doszkalających. plywanie2

wspomnień czas

Przenieśmy się na chwilę do dnia, kiedy zadzwonił do mnie telefon z dość dziwnego numeru. Numer „0” na wyświetlaczu??? Przestraszona tym, co wyświetliło się na ekranie, nie odebrałam telefonu. Jednak nie uchroniło mnie to od odsłuchania wiadomości, gdyż została ona nagrana na pocztę głosową. Nie zrozumiałam tej wiadomości, bo w słuchawce pojawiły się dziwne dzięki, podobne do dźwięków wydawanych przez żaby (jak słusznie stwierdziły to dzieci). Głowiłam się co z tym zrobić. Opowiedziałam o tym mojej córce a ona bez chwili zastanowienia powiedziała, że to informacja z innej planety i ona mi ją przetłumaczy. No tak jak mogłam zapomnieć. Maja jest specjalistą do takich tłumaczeń i nawet posiada swoje biuro tłumaczeń. Po przeczytaniu informacji musiałam udać się do INSPIRO i poprosić o pomoc dzieci. Tak naprawdę była to dla nich wiadomość. Informacje zostawił król planety Glutyka – Bloom Blaam, która pustoszała, zabrakło składników, aby produkować nowych jej mieszkańców. Okazało się, że tylko w INSPIRO znajdują się te składniki i dzieci umiejące wszystko. Zanim dzieci ruszyły na ich poszukiwanie zbudowały tajne laboratorium, gdzie miały zrealizować powierzone im zadanie. W wytycznych od króla dostaliśmy szczegółowe informacje co i jak mają wykonywać. Przepis na nowych Glutyków okazał się nie łatwy. Ale tajna ekipa glutotwórców świetnie poradziła sobie z zadaniem. Skrupulatnie dodawali składniki według przepisu: wlej klejoglejo do miseczki, dodaj troszkę wodo sodo, mieszaj. Do przygotowanej mieszanki dodaj kologluto i mieszaj. Potem dodaj najważniejszy składnik, który zawiązuję wszystko i dzięki niemu tworzy się nowy mieszkaniec planety Glutyka. Powoli dolewaj glutopłynu. W trakcie realizacji tajnego projektu na planecie Glutyka przybyło 12 nowych członków, różnej wielkości, konsystencji i kolorów. Projekt zakończył się sukcesem. Dzieci zabrały Glucian do swych domów. Zadaniem ich była opieka nad podopiecznym do momentu jego powrotu na swoją planetę.

kto ma super moce?

Dzięki temu, że zaczęłam rezydencje we wrześniu miałam okazje więcej czasu spędzić z Beatą i Maćkiem. Jestem osobą, której trochę czasu zajmuję odkrycie „obfitości” jakie na mnie spadają. A tu dzięki Oli w końcu dotarło. Teraz doceniam to ile czasu zostało mi poświęcone. B i M przekazali to co  będzie mi bardzo przydatne. Stali się moimi nauczycielami i liczę, że z ich wiedzy i doświadczenia będę mogła korzystać po zakończeniu rezydencji.

„Na pewno się uda” usłyszałam od Maćka, kiedy poprosiłam o trzymanie kciuków za projekt. Stawiam teraz na pozytywne myślenie, skoro Maciek mówi, że się uda to inaczej być nie może.

„Wszystko się uda, jeśli się do tego przyłożysz” to słowa tajnej agentki INSPIRO, które jakby nie było przekazują jakąś prawdę. Staram się, tylko zawsze coś się wydarza. Pewnie to moja  wymówka. Próbuje się usprawiedliwić, chyba przed samą sobą. Przecież nie boje się porażki, bo nic nie jest porażką, jeśli choć trochę się starasz. Mówi się – „lepiej spróbować, niż żałować, że się nie spróbowało”.

To trochę jak w jednej z lekcji w książce pani Brett „Bóg zawsze znajdzie Ci pracę”. Opowiadanie o Supermenie. Każdy nim jest. Musimy o tym pamiętać. A kim był Superman. Był zwykłam reporterem, Klarkiem Kentem. Dopiero w chwili zagrożenia/próby stawał się super bohaterem. Stawał się nim kiedy był potrzebny. Jednak było coś co powodowało, że tracił siły. Kryptonit – trzeba odkryć, co nim jest w naszym życiu i omijać.

Polecam przeczytanie wspomnianej książki/poradnika. To dzięki niej odkryłam to o czym również mówi Beata. Skoro nie znalazłeś wymarzonej i ulubionej pracy – stwórz ją sobie. Nie odkryłam co jest moim kryptonitem, ale wiem jaką pracę chciałabym wykonywać.

superman.jpg